Nic nie muszę…
W codziennym życiu często słyszę: „Musisz to zrobić…”.
Coraz częściej odpowiadam: „Ja już nic nie muszę. Mogę co najwyżej chcieć”.
Nie lubię przymusu. Budzi we mnie opór i odbiera poczucie wolności. Z drugiej jednak strony, czy mój sprzeciw zawsze jest uzasadniony? Może czasem wynika z braku pokory lub zwyczajnego uporu?
Wiele zależy od tego, komu pozwalam się prowadzić.
Moim przewodnikiem może być drugi człowiek, własny egoizm, a nawet zło, które wykorzystuje moje słabości. Mogę też sam uznać się za jedynego przewodnika swojego życia.
Dlaczego więc wobec Chrystusa nie odczuwam takiego oporu?
Ponieważ Mu ufam.
On zna moje myśli i pragnienia. Wzywa mnie, prowadzi i stawia wymagania, ale nie odbiera mi wolności. Kiedy odpowiadam na Jego wezwanie z miłości, posłuszeństwo przestaje być ciężarem.
Wtedy już nie muszę. Wtedy chcę.
„Miłość Chrystusa przynagla nas…” (2 Kor 5,14).
Podobną harmonię odnajduję w małżeństwie, gdzie wzajemne zaufanie i miłość mogą przemieniać obowiązek w dobrowolne oddanie.
Tak wyobrażam sobie również chóry anielskie: wiele różnych głosów, które pod przewodnictwem Chrystusa tworzą jedną harmonię. Nie tracą swojej indywidualności, lecz jednoczą się w miłości.
Może właśnie tego powinienem się od nich uczyć?
Nie muszę być zawsze własnym przewodnikiem. Mogę zaufać Temu, który zna drogę.
Przemień mnie, Panie, w moim myśleniu.

