Nie mam człowieka…
W modlitwie spowiedzi powszechnej wypowiadamy słowa: „myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”.
Zatrzymuję się przy tej kolejności. Zanim pojawi się słowo czy konkretny czyn, wszystko zaczyna się w naszej myśli. To właśnie tam rodzi się gotowość do pomocy, ale także decyzja, by odwrócić wzrok i nie dostrzegać cudzego cierpienia.
Czasem łatwiej nie zauważyć. Nie zapytać. Nie zainteresować się. Zwłaszcza gdy czyjaś bieda lub choroba przekracza nasze możliwości i burzy wygodny porządek codzienności.
Ale nawet kiedy dostrzegamy potrzebującego, pozostaje pytanie: czy rzeczywiście wiemy, jak mu pomóc?
Czy człowiek proszący o pieniądze potrzebuje wyłącznie pieniędzy, czy może również pracy i dostrzeżenia swoich umiejętności? Czy chory potrzebuje jedynie lekarstw i opieki medycznej, czy także obecności kogoś, kto go wysłucha i nie pozostawi samego?
Nie ma jednej odpowiedzi. Pomoc, która jednemu przyniesie ulgę, dla drugiego może okazać się niewystarczająca.
Dlatego tak ważne jest nie tylko dostrzec potrzebującego, lecz także spróbować go zrozumieć.
W Ewangelii św. Jana spotykamy człowieka, który od trzydziestu ośmiu lat zmaga się z chorobą. Leży przy sadzawce Betesda, oczekując na możliwość uzdrowienia. Kiedy Jezus pyta go, czy chce wyzdrowieć, chory odpowiada:
„Panie, nie mam człowieka, aby mnie wprowadził do sadzawki…” (J 5,7).
Nie mówi jedynie o swojej chorobie. Odsłania także samotność.
Brakuje mu człowieka.
Jezus dostrzega go pośród wielu innych chorych. Zatrzymuje się, podejmuje rozmowę i odpowiada na jego potrzebę.
My nie mamy mocy uzdrawiania, jaką ma Chrystus. Możemy jednak dostrzec kogoś, kto od dawna czeka na zainteresowanie, rozmowę, konkretną pomoc lub zwyczajną obecność.
Być może nie potrafię rozwiązać jego problemów. Być może moje możliwości są bardzo ograniczone.
Ale czy to wystarczający powód, aby nie zrobić niczego?
Proszę Cię, Panie, abym potrafił być tym brakującym człowiekiem, kiedy ktoś będzie mnie potrzebował.
Przemień mnie, Panie, w moim myśleniu.
