Troska…
Zawsze wydawało mi się, że świeccy mają więcej trosk niż osoby duchowne. Z czasem odkryłem, że podobnie myślę o wielu innych ludziach — ich troski wydają mi się mniejsze od moich.
Może dlatego, że własne problemy znam doskonale, a cudze jedynie powierzchownie?
Dopiero bliska relacja z drugim człowiekiem pozwala mi dostrzec, z czym naprawdę się zmaga. Czasem wystarczy wysłuchać jego historii, aby spojrzeć na własne troski z zupełnie innej perspektywy.
Nie oznacza to, że moje problemy stają się mniej ważne. Przestają jednak być jedynymi, wokół których krążą moje myśli.
Troska sama w sobie nie jest czymś złym. Problem zaczyna się wtedy, gdy staje się nadmierna i odbiera mi wewnętrzny pokój.
Jezus doskonale zna ludzkie troski. Nie zachęca do obojętności ani ucieczki od odpowiedzialności. W Ewangelii Mateusza mówi:
„Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy” (Mt 6,34).
Zatrzymuję się przy słowie „zbytnio”.
Ile moich zmartwień dotyczy spraw, na które dzisiaj nie mam wpływu? Ile razy wyobrażam sobie przyszłe trudności, tracąc z oczu dobro, które mogę uczynić już teraz?
Być może sposobem na odzyskanie właściwej perspektywy jest także dostrzeżenie trosk drugiego człowieka. Nie zawsze potrafię rozwiązać jego problemy. Mogę jednak wysłuchać, okazać zrozumienie i po prostu mu towarzyszyć.
A kiedy sam nie daję już rady, również potrzebuję kogoś, kto będzie blisko mnie.
Nie muszę dźwigać wszystkich trosk świata. Nie muszę też pozostawać sam ze swoimi.
Chcę uczyć się od Chrystusa troski, która nie odbiera pokoju, lecz rodzi się z miłości i zaufania.
Przemień mnie, Panie, w moim myśleniu.

